środa, 23 października 2019

7. MÓJ OJCIEC BOLESŁAW


17 mgnień wiosny

akt urodzenia Bolesława

Ojciec żył na przełomie wieków. Urodził się w 1899 roku w Krasnojarsku, a zemrzeć mu przyszło już w Ojczyźnie w 1966. Przeżył dużo a umarł za szybko. Miał 67 lat. Swoim życiorysem mógłby obdzielić kilka osób. Ale wracajmy do syberyjskich początków. To kraj, który we wspomnieniach ojca, jawi się jako druga Ojczyzna. Mimo że doświadczył też mnóstwa cierpień. Z fascynacją opowiadał o rzece Jenisej i tajdze, którą określał jako żywicielkę. Jako młody chłopak wyprawiał się z ojcem na cedrowe orzeszki. Tam cudem przeżyli spotkanie z młodym niedźwiedziem, któremu dziadek, wpakował do rozwartego pyska kożuszek i uciekli. Był duszą towarzystwa. Miał od wczesnych lat smykałkę do muzyki i sam nauczył się grać na bajanie-narodowym rosyjskim instrumencie. Do tego śpiewał. Szybko zaczął być zapraszany przez starszą “małodzioż” na zimowe wieczorne spotkania. Często do tego okresu wracał w opowieściach. Bo wtedy był to dla niego świat, który oglądał własnymi oczami. Bo wtedy jeszcze... widział.
Nadeszła pierwsza wojna światowa. Na Syberię dotarła namacalnie, kiedy zaczęto brać do carskiej armii. Branka nie ominęła i ojca. Poszedł na wojnę jako 17-latek. Wrócił po kilku miesiącach jako niewidomy.( zastrzegam, że tak rozumiałem z opowiadań ojca) Poza tym ,że gaz bojowy wypalił mu oczy- niczego więcej nie mówił. Jakby chciał wymazać to z pamięci. Tak zaczęło się jego pasmo nieszczęść. Z wojny przywlókł ospę. Przeleżał w chorobie kilka miesięcy. Blizny na twarzy pozostały na całe życie.( Brat stryjeczny Kazimierz- słyszał,że to ta choroba pozbawiła go wzroku. Trochę jeszcze widział na jedno oko a potem już był niewidomy całkowicie) Jeszcze większe zapewne w sercu - po zawodzie miłosnym. Miał w Krasnojarsku  dziewczynę. Kiedy walczył o życie, przychodziła rzadko, coraz rzadziej. Aby wreszcie któregoś wieczoru poprosić go o zgodę na zamążpójście za innego. Bo-ludzie powiadają że ty Borys nie przeżyjesz i swatają mnie innemu-powiedziała. – Zrób tak jak radzą- odpowiedział - ja na pewno nie przeżyję. Przeżył. Jak powiadał, nie miał żadnej satysfakcji ,kiedy dowiedział się że była bita i poniewierana przez męża.
Wołyń 
Wraz z rodzeństwem wyjechał na Wołyń. Władze prawdopodobnie przyznały mu rentę z tytułu kalectwa. Po wielu rozmowach z żyjącymi braćmi i jego wnukiem Włodzimierzem mieszkającym na Ukrainie -mam pewność, że osiedlił się w Lisowie  razem z braćmi  a ok.2-3 lat potem w Okońsku pod Maniewiczami. Tam wcześniej poznał swoją żonę Stepanidę, która początkowo była jego przewodnikiem. Stepanida była wdową. Pobrali się w 1923 roku.Nie bał się zamieszkać wśród samych  Ukraińców. Łatwo się zaadoptował i był uznawany za swojego. Był muzykiem i bardzo szybko przyswajał języki. Nauczył się piosenek i przyśpiewek ukraińskich.Swego czasu stwierdził, że na Syberii nauczył się nieco porozumiewać z Tatarami i Buriatami. Zarabiał graniem i śpiewaniem. Rzadko kiedy płacono mu pieniędzmi, często żywnością lub odzieżą. Zapraszano go na wszystkie wesela i większe uroczystości w okolicy. Jak nikt, potrafił bawić i rozśpiewać obecnych. Sam to widziałem już w Polsce. A jego piosenki potrafię zaśpiewać do dziś. Głos odziedziczyłem ale grać się nie nauczyłem. W Okońsku nie tylko wybudował dom ale i zakupił 10 h. ziemi.
Urodziło mu się dwoje dzieci. Pierworodna Antonina,Tonia  (1925 -zm. 1943/4 ) wzrostu matki  malutka) po ojcu wzięła rysy. Mikołaj ( 1927-zm. 1950), odziedziczył po nim wzrost i talent muzyczny. Antonina także grała na bajanie.  Kiedy w  1944 roku Ukrainę zajęli sowieci  i masowo brali do armii- Mikołaj rok później dostał "wojennoju sprawku" Bolesław chodził wszędzie aby syna nie oddać na front. Powoływał się na swoje zasługi okupacyjne, zrzekł się należnej mu renty inwalidzkiej aby syn został uznany za jedynego opiekuna. Wybronił go tylko przed wojną. Nie obronił przed ukraińskimi nacjonalistami.
W okresie niemieckiej okupacji, od 1942 roku w lasach zaczęli się ukrywać ci , którzy mogli spodziewać się represji. Żydzi, polscy urzędnicy. Wydawali i denuncjowali ich Ukraińcy. Do takich osób należał ukrywający Józef Sobiesiak- przedwojenny urzędnik starostwa w Maniewiczach. Na początku miał do obrony tylko dębowy kij. Dowiedział się ,że Surmowie zamieszkujący w Konińsku mają wiedzę o ukrytej broni. Zwrócił się o pomoc w jej pozyskaniu. Franciszek Surma ( mieszkający z ojcem - powstańcem styczniowym) wskazał mu miejsce gdzie zakopano broń. Pisze o tym w swojej książce „Ziemia płonie”.  Kiedy po latach przeczytałem książkę, nawet nie zwróciłem uwagi,że pisze o KONIŃSKU a nie o OKOŃSKU. Byłem przekonany,że to dziadek i moi stryjowie.Zgadzało się imię najstarszego syna Aleksandra - Franciszka. Dalej jestem przekonany,że ojciec tę rodzinę poznał- bo chociaż Konińsk leży pod Sarnami ( 80 km od Maniewicz) to ojciec w swoich wędrówkach mógł tam dotrzeć. O tej historii z bronią opowiadał. Mówił, że Surmowie pokazali Sobiesiakowi miejsce, gdzie żołnierze wrześniowi zakopali w lesie, całą furmankę broni.Sobiesiak stworzył wkrótce oddział partyzancki i zaczął dokuczać Niemcom. Aby planować działania musiał pozyskiwać wszelkie informacje o okupantach. Ojca wykorzystywał jako zwiadowcę w celu rozpoznania zawartości wagonów. Czy poznał go u Surmów, czy w Maniewiczach- nie znam szczegółów. Ślepy grajek na peronie w Maniewiczach, Kowlu czy Sarnach nie wzbudzał podejrzeń Niemców, a sprytny chłopak –partyzant udający przewodnika podglądał ruchy oddziałów, sprawdzał co stanowi zawartość wagonów. Potem udawali się do miejsc kontaktowych i przekazywali informacje.

Wołyńskie wydarzenia
Tereny Wołynia w owym czasie to był partyzancki kraj. Działali tam partyzanci sowieccy przerzucani za front, współpracujące z nimi takie oddziały jak wspomnianego „Maxa”, operowały nieliczne oddziały AK - ale było też mnóstwo grup miejscowych nacjonalistów. Ci ostatni do największych wrogów zaliczali Polaków zamieszkujących tereny Wołynia. Ojciec mieszkał we wsi Okońsk, niedaleko Maniewicz. W okolicy nie było dużych skupisk polskich, stąd nie doszło do tak masowych rzezi, jakie miały miejsce na terenach gęsto zasiedlonych przez osadników. Niemniej jednak liczni na tym terenie bulbowcy ( W miejscowości Sarny- było dowództwo tej formacji)  nie ustawali w poczynaniach mających zmusić nielicznych Polaków do opuszczenia swoich domów. Bracia Bolesława mieszkający w Lisowie- po napaści i spaleniu budynków w polskich gospodarstwach - 2 tygodnie tułali się rozproszeniu po lasach. Ukradkiem zabierali dobytek i uciekli pod opiekę Niemców do Maniewicz. Stamtąd zostali wywiezieni do Chełma.
Ojciec  pozostał, może nie wiedział o wydarzeniach a może dlatego, że dobrze mu się żyło z Ukraińcami.W Okońsku był jedynym polakiem. Grał na ich weselach, uczestniczył w sąsiedzkich wydarzeniach. Uważał, że nie ma wśród nich wrogów. Co się potem potwierdziło, bo sąsiedzi Ukraińcy – nie opuścili go w nieszczęściu.
Jednak bulbowcy  jesienią 44 i jemu złożyli wizytę”. Tego wieczoru w domu spała tylko Antosia. Rodzice i brat poszli pograć sąsiadom.Obudziło ja światło latarek przez okna. Nie mając jak uciec- zdołała wcisnąć się pomiędzy ścianę a wysoki piec. Kiedy  rodzina wróciła , zastała wyłamane drzwi. Antosia już nie żyła. Zmarła ze strachu.
Niestety to nie ostatnie nieszczęście jakie go spotkało.
W 1948 roku umiera na tyfus żona ojca. Jak sobie radził zdruzgotany przez kolejną tragedię, nie wiem. Myślę że przy życiu trzymał go jeszcze fakt iż pozostał syn. Mieszkał w pobliskiej wsi Gradie i ojciec nie pozostawał samotny. Ale ciężko niewidomemu człowiekowi radzić w codziennym życiu. Starym zwyczajem sąsiedzi zaczęli bawić się w swaty. W 1950 roku poznano  go z Zofią Delach ze wsi Lisów- tam, gdzie mieszkali wcześniej jego bracia. Była z mieszanej  polsko-ukraińskiej rodziny  i też doświadczona przez los. Matka jej umarła tuż po porodzie a ojciec ,kiedy skończyła 7 lat. Przebyte choroby lekko upośledziły słuch i wzrok. Wychowywała się przy rodzeństwie i od najmłodszych lat ciężko pracowała. Była młodsza od ojca o 12 lat ale kiedy usłyszała pytanie-Zosia chcesz pójść za mnie-bez wahania się zgodziła. Mogła wreszcie być gospodynią u siebie. Z tego małżeństwa z rozsądku – 2 maja 1951 roku urodziłem się ja.

Akt urodz. Aleksy


Zamordowanie Mikołaja.
Kiedy w 1944 roku na Wołyń ponownie wkroczyła Armia Czerwona, zaczęto wprowadzać kolektywizację Największym problemem było wyszukanie odpowiednich ludzi do kierowania powstającymi kołchozami. Kilka lat później usunięto nieudolnego „predsiedatiela” i wyznaczono Mikołaja. Umiał „czytaty i pisaty” ,był lubiany przez miejscowych Ukraińców ,syn partyzanta –został przewodniczącym kołchozu w miejscowości Gradje, powiat Maniewicze. Tam przeprowadził się po zawarciu małżeństwa w 1947 roku. Tak jak ojciec grał na „bajanie” i podobnie trudno było wyobrazić sobie wiejskie zabawy bez jego obecności. Nigdy nie odmawiał i chodził także na sąsiednie wsie. Wydawało się że nic mu nie grozi, chociaż w okolicy grasowały małe grupki  „bulbowców” – ukraińskich nacjonalistów. Przymykał oczy na nocne rekwizycje żywności i był pewien że taka postawa zapewni mu bezpieczeństwo. Wszystkim dogodzić jednak nie sposób. Znalazł się taki, któremu nie podobały się rządy Polaka. Wiedział że działający w terenie „bulbowcy” nie zrobią krzywdy współpracującemu po cichu przewodniczącemu. Szukał innej sposobności. Kiedy w okolicy pojawił się oddziałek z innych rejonów, zgłosił się do współpracy. Mikołaja opisał jako tego, który będzie sprzeciwiał się zaopatrywaniu oddziału w kołchozie. Inne argumenty nie były potrzebne. Polak musiał zginąć. Mikołaj wpadł w zasadzkę, kiedy wracał z grania w sąsiedniej wsi. Miał karabin, bronił się ale amunicja się skończyła i na drugi dzień znaleziono go w dole po kartoflach, obdartego z ubrania i butów. Niedługo po tym zabójcy wpadli w ręce NKWD. Tłumaczyli że gdyby wiedzieli że informacje były fałszywe, nigdy by do tego nie doszło. Brat zginął w 1950 roku, pozostawiając 2-letniego syna Włodzimierza. Nie doczekał przyjścia na świat drugiego dziecka, urodzonego w 1951 roku. Ten na pamiątkę po ojcu otrzymał imię Mikołaj.
Ojciec uznał iż dalej już nie ma po co żyć. Nie mógł zdecydować się na samobójstwo, postanowił zapić się na śmierć. Pędził i pił bimber na okrągło. Od śmierci uratowali go sąsiedzi-Ukraińcy. Przywiązywali go do łóżka, aby nie dopuścić do alkoholu. Karmili i opiekowali się aż do momentu, kiedy uznali że doszedł do równowagi. Gdyby nie oni - matka zapewne nie zapobiegła by tragedii. Minęło kilka lat. Stosunki z synową nie były najlepsze. Ojciec uważał że gdyby nie namówiła Mikołaja na zamieszkanie w jej rodzinnej wsi-nie doszło by do tragedii. Zdecydował się na wyjazd do Polski. Nie było to łatwe. Panował okres stalinowski. Wszyscy zamieszkujący tereny Ukrainy zostali uznani za obywateli radzieckich. W wydawanych dowodach osobistych tzw. „sprawkach” wpisywano każdemu narodowość zgodną z obszarem zamieszkania  i obywatelstwo radzieckie. Ojciec uparł się że przyjmie ten dokument wówczas kiedy zostanie wpisana narodowość polska. Władze miejscowe były bezradne wobec takiego uporu. Nie zdecydowano się na surowe sankcje za nieposłuszeństwo zapewne z uwagi na partyzancką przeszłość i funkcję jaką pełnił nieżyjący syn Mikołaj. Ojciec żartował że nie bardzo mieli czym go postraszyć, bo Sybirak zsyłki się nie boi. Ale wielokrotne prośby o zgodę na wyjazd do Polski były odrzucane. Zmieniło się dopiero po śmierci Stalin. Rodzina z Polski wysłała zaproszenie, które było podstawą do ubiegania się o wyjazd. List skierowany osobiście do Bułganina -nowego ministra spraw wewnętrznych , spowodował iż mogliśmy w 1957 roku opuścić Kraj Rad.

Repatriacja
Wyjazd do Polski pamiętam  w miarę dokładnie. Miałem  6 lat. Najpierw cały, skromny dobytek został załadowany na kołchozową ciężarówkę. Był grudzień 1957 roku, a my wraz z bagażem jechaliśmy na odkrytej skrzyni do Kowla. Tam żołnierze przerzucili tobołki do wagonu towarowego. Przed odjazdem wsiadł do wagonu sowiecki oficer. Ojciec potem wyjaśnił iż był to major KGB. Wyruszyliśmy wieczorem. Po pewnym czasie stanęliśmy. Lokomotywa cofała się i znowu ruszała , aż wreszcie wagon znieruchomiał. Major wstał i powiedział – Praszczajtie uprymyj gaspadin Surma, eto wasz raj -(żegnajcie uparty Panie Surma, oto wasz raj). Wyszedł z wagonu i zamknął wajchę po zewnętrznej stronie. Siedzieliśmy tak całą noc, nie wiedząc co dalej. Nie wiadomo było gdzie jesteśmy i jaki czeka nas los. Rankiem usłyszeliśmy rozmowę w polskim języku. Ojciec zaczął krzyczeć i po chwili drzwi otworzył 2 polskich kolejarzy. Byli zszokowani naszą obecnością. Okazało się że nasz samotny wagon stoi na bocznym torze, tuż za granicą. Zawiadomiono naczelnika stacji w Dorohusku. Ten po rozmowie z ojcem i obejrzeniu dokumentów, polecił podciągnąć wagon blisko stacji a nas zaprosił na posiłek. Kolejarze byli bardzo serdeczni ale musieli oczywiście powiadomić władze w Chełmie. Przyjechało stamtąd kilku urzędników i skrupulatnie wypytywali o wszystko. Dla władz był to nietypowy przypadek, bowiem Rosjanie nie powiadomili o tym transporcie. Wreszcie wieczorem zawieziono nas do Chełma i zakwaterowano w hotelu robotniczym.

 W Polsce
Przez następne dni ojca wzywano do różnych instytucji .Chodziłem z nim jako przewodnik. Ojciec pytał urzędników czy znają Sobiesiaka , który był dowódcą oddziału partyzanckiego na Wołyniu .Okazało się że ojca znajomy jest wysokiej rangi oficerem i pracuje w Warszawie. Poszły w ruch telefony. Pan Sobiesiak zaprosił ojca do Warszawy. Przyjął nas bardzo serdecznie, zakwaterował w hotelu a wieczorem przyszedł na rozmowę. Powiedział że ojciec może wybierać w jakiej części kraju chce zamieszkać. Zapewnił że otrzyma mieszkanie i środki na zagospodarowanie. Dzisiaj jak sobie przypominam, że stryjowie i ich rodziny gnieździli się w Cycowie po 2 rodziny w jednym niedużym domu od 1944 roku - to zdaję sobie sprawę ,że bez tej protekcji warunki byłyby podobne.Rodzina ojca w większości zamieszkiwała na Lubelszczyźnie, dlatego ojciec zdecydował iż osiedli się w pobliżu. Poprosił też aby to była wieś bo na niej czuje się najlepiej. Wróciliśmy z powrotem do Chełma. Urzędnicy byli już widocznie uprzedzeni o decyzjach, bowiem wyszukali najbliższą rodzinę. Zawieziono nas do miejscowości Cyców w powiecie Chełmskim, gdzie mieszkał jeden ze stryjów. Zamieszkaliśmy u niego. Po kilku dniach przyjechał urzędnik z Chełma i zaproponował nam przydzielenie gospodarstwa we wsi Busówno leżącej kilkanaście kilometrów od Cycowa. Pojechaliśmy obejrzeć lokalizację. Dom pełnił uprzednio funkcję siedziby spółdzielni produkcyjnej, był okazały i nowoczesny. A tak naprawdę to otynkowany budynek szkieletowy z mat trzcinowych. Rodzice zdecydowali że w nim zamieszkają. Przeprowadzono błyskawicznie niezbędne remonty i wreszcie wylądowaliśmy na swoim. Ojciec otrzymał akt własności na dom i 5-hektarowe gospodarstwo. Niebawem też w ramach tzw. zagospodarowania -krowę , świnki, drób i podstawowe narzędzia. Mieszkańcy wsi zorganizowali zbiórkę płodów rolnych, aby starczyło nam do nowych zbiorów. Wiosną ojciec posiał zboże, posadzono kartofle. Jesienią zebraliśmy już własne produkty. Oczywiście wszystkie prace wykonali sąsiedzi. Ojciec z uwagi na kalectwo sam by tego nie zrobił. Nie bardzo też na tym się znał. Ponieważ w bardzo krótkim czasie przywrócono mu rentę inwalidzką, były pieniądze na zapłacenie sąsiadom.

Bolesław-zgon  

Zofia- zgon


Zakończenie
Rozpoczęło się normalne życie. Dzisiaj ,kiedy mam już za sobą wiele lat wiem że siermiężne i ubogie. Że w tym czasie był też inny świat a ludzie tam mieszkający postrzegali nas tak ,jak my dzisiaj widzimy ludzi z krajów 3 świata. Ale ja nie odczuwałem żadnego niedostatku , a sądzę że i ojciec po wszystkich przejściach znalazł spokojną przystań. Uwierzył , że nic więcej złego w życiu go nie spotka. Z czasem wypogodził się, zaczął spotykać się z kolegami, których poznał w Polskim Związku Niewidomych. We wsi był też sąsiad mający za sobą szlak bojowy w I Armii Wojska Polskiego. Obaj snuli przy butelce bimbru swoje opowieści , a ja siedząc cichutko chłonąłem je z zapartym tchem. Zapadła mi w pamięć i historia rodziny i soczyste rosyjskie anegdoty. A także piosenki. Rosyjskie ale i te mówiące o partyzanckich i żołnierskich losach. Wszystko to spowodowało iż wcześnie zacząłem się interesować wojskiem, historią. Pasjami czytałem książki opowiadające o bohaterstwie zwykłych ludzi. To dzięki nim nabyłem wiary w możliwość pokonania przeciwności losu.

We własnym przekonaniu uważam że czegoś we własnym życiu dokonałem. Niestety mojemu ojcu nie dane było ,aby tego doczekać. Zmarł 9 września 1966 roku na moich rękach. Ja rozpocząłem 16 rok życia. Aby opowieść była pełna, trzeba zmierzyć się z własnym życiorysem. Nie wiem jak długo potrwa proces pisania o samym sobie. Ale chciałbym przynajmniej w zarysie o tym opowiedzieć. Bo swój życiorys uważam także za nietuzinkowy.
Czas przemierzyć własny, już blisko 70-letni szlak z Okońska leżącego na Wołyniu do Zamościa.
Zatem będzie i opowieść Aleksego.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz